Nie zaczyna się od 'więc' więc przejdę już do opisu :P
A więc jest zajebiście. Nie lubię używać tego słowa w internetowej rzeczywistości bo wiadomo - kto to potem czyta, a jak się człowieka zna tylko z tego co pisze, to czasem źle można go ocenić. A 'zajebiście' trochę mi tu dziwnie na tym blogu brzmi, no ale co mam powiedzieć? Jest zajebiście.
Studiuję sobie na specjalizacji, na którą chciałam się dostać. Co więcej, uczę się o tym, o czym zawsze chciałam się uczyć i to mnie zabójczo napawa dumą - dlatego, że co by się wydarzyło lub nie wydarzyło dalej, w przyszłości - w tym miejscu - doszłam totalnie tam gdzie chciałam. Trochę też to trwało, ale widzę, że wszystko ma sens, bo gdybym zrobiła inaczej nie byłoby mnie tu, albo bym studiowała z innymi ludźmi, inaczej, tak, w ogóle wszystko mogłoby być inaczej.
A teraz? Teraz wszystko mi się podoba. I jakoś tak dziwnie czuję się doceniana - mamy czytać ksiązki i artykuły po angielsku, bo po polsku po prostu literatury brak (więc jak coś to Intercity do Berlina :P). I to mi się podoba, bo nikt tu nas nie traktuje jak jakiś gorszy gatunek.
Polazłam jednak na drugi porąbany wydział do porąbanych ludzi i ich porąbanego świata, chciałam złożyć podanie o dziekankę, ale anormalność tego wydziału przerosła moje oczekiwania. A więc wynoszę się stamtąd definitywnie :D Po prostu - adios powiem już w poniedziałek :D
Moje kontakty z innymi nabierają tempa, albo raczej stają się stopniowo coraz bardziej normalne. Od ludzi dużo zależy - tam byli tylko totalni olewacze, kujony ze swoimi psychicznymi teoriami na różne tematy no i przede wszystkim lalunie, które rozmawiały jedynie o lakierach do paznokci i przedłużaniu włosów. A tu? My tu z dziewczynami ostatnimi czasy mamy kółko fanek Mozarta :P Porąbane? No może, ale chyba pozytywnie.
Czuję głód wysokiej kultury, jeszcze do niedawna nie mogłam w pełni zaspokoić. A teraz, we wtorek lecę na "Cosi fan tutte" i czytam biografię człowieka, która zdumiewa mnie pewną rzeczą.
A więc - lecę. I wreszcie mam czas. A skoro mam czas - muszę wreszcie powpadać na Wasze blogi.
Od dziś powiedzmy że mam ferie. Powiedzmy. Jeszcze tylko jutro muszę się czegoś dowiedzieć, zdobyć kilka wpisów i zdać porypaną ksiązkę i zaczynam nowy etap. I znowu - ja wiedziałam, że tak będzie. Niby wszystko ładnie, pięknie, ale jak już przeżyłam co miałam przeżyć to znowu słyszę 'to twoja decyzja'. Pewnie, tak to się chwali, samemu podpowiada co zrobić, mówi, że najważniejsze to robić to, co się lubi a jak dochodzi co do czego to się rączki umywa i zostawia mnie ze swoim 'rób co chcesz'. A i pewnie! Zrobię jak zechcę, postanowiłam. I będę z siebie dumna, a to dlatego bo dam przykład samej sobie, że robię tak jak mówię i myślę. Bo myśli i mówi się zawsze łatwo, gorzej dotrzymać sobie samemu obietnicy. Może i marnie skończę w oczach wszystkich, ale dla siebie będę kimś. awsze mówię, że jestem jak jakaś nierealna postać. Jak wymyślona, z filmu czy książki.
Ale naprawdę, że tak kogoś zacytuję - chcę być kimś, naprawdę kimś.
Przyjęli mnie tam gdzie chciałam. Jeśli jutro tylko dowiem się, że zdałam to co zdac miałam - jest ekstra. Naprawdę ekstra. Dlatego że sama, samiutka doszłam tam gdzie zawsze chciałam dojsć. I nie wiem gdzie dojdę dalej, ale kolejny raz osiągnęłam to co chciałam. Nie przez chorą ambicję, ale przez pragnienie. Właśnie, może to inni mają chorą ambicję, ja chcę mieć pasję. I podobnie jak w layoucie na blogu, tylko z miłości powstają rzeczy wielkie, wielcy mali ludzie.
Wielcy ludzie, to wieczni podróżnicy, zawsze nierealni jak na swoje czasy, ale potem jakoś zawsze dziwnie obecni.
Poza tym, nie wiem co powiedzieć.
jest w sumie bosko. Bo temu syfiastemu kierunkowi mówię 'papa' i niedługo się zmywam. Poza tym spotykam się z osobami, które podzielają moje zainteresowania - takim Mozartem chociażby :P W przyszłym tygodniu robimy sobie seans filmowy, łoj, będzie się działo. Swoją drogą w szufladzie mam 5 książek o Mozarcie a płyt z jego muzyką nie wyjmuję z odtwarzacza...Kto by pomyślał, że mnie na coś takiego weźmie. Ale co się będę rozpisywać, po prostu interesuje mnie jego osobowość... A! I właśnie. Czuję w kościach, że niedługo przyjdzie jakaś inspiracja i wena do popisania ciekawych czy też mniej ciekawych rzeczy. Jak tylko się uwolnię od tego cholernego kierunku całkowicie. Poza tym, jestem też cholernie dowartościowana bo dobrze się na archeo zapowiadam. Jestem jakimś cudem zawsze w czołówce... Zawsze w pierwszej piątce. Dzięki ci Boże :D Może to znaczy, że będą ze mnie ludzie. Sesja jeszcze się nie skończyła, egzaminów mam 2, jeden już zdany, ale ocenami się pochwalę, bo mnie to najzwyczajniej w świecie cieszy:
- wstęp do źródłoznawstwa - 5
- wstęp do pradziejów - 5
- wf - 5
- angielski - 5
- łacina - 4 (co za wstyd :P)
- techniki prac naukowych - 6 (buehehe)
- wstęp do archeo - nie wiem, bo dziś mi mieli wpis skombinować ale bylam 4 od góry na liście więc 4 napewno, może 4,5 (poza tym 21 osób oblało ćw i dziś mieli poprawę)
- i uwaga - egzamin z archeo śródziemnomorskiej - 6... Normalnie aaaa :D Nie myślałąm, że można dostać 6 na studiach. Ale miałam powyżej 100p. 100 to był max, a resztę zdobyłam bonusowo, no i się udało... Mam nadzieję, że przyjmą mnie na tą specjalizację :)
Cóż, każdy jakieś manie ma, a przynajmniej mieć powinien, bo to życie człowiekowi wzbogaca.
Ja dzisiaj rano zastanawaiałam się - jakie to piękne, że w takie poranki rodzą się geniusze.
250 lat temu urodził się Mozart. A ja dziś byłam z A. na "Weselu Figara". Cudowne. I dlaczego się tak szczerzę gdy widzę na google.pl 18wieczną perukę, czytam na oncecie artykuł o tym, że jakiś tam naukowiec udowodnił, że muzyka Mozarta podnosi nawet IQ i pomaga w nauce czy słyszę w radio o dzisiejszych koncertach w Salzburgu i Wiedniu? Tak, wiem, jestem porąbana :D ale to ma swoje uroki.
W operze wyszczerzyłam się jak mogłam. Nie mam już siły na nic po tym dniu. Idę zasypiać przy muzyce.
Łel...poszerzam horyzonty :)
Ostatnio - jest świetnie i jest beznadziejnie zarazem. I znowu ten dualizm. Z tej złej strony napływają do mnie lęki, nie strach - a lęki. A to nie jest dobre.
Pamiętam, że na próbnej maturze gdzie jako temat wybrałam sobie rozważania o młodości, na końcu napisałam coś tam coś tam, że z młodego można stać się dorosłym, ale niekoniecznie dojrzałym.
A ja nigdy chyba nie dorosnę do końca. Lubię ten mój stan, bo jest jak burza gdzie dużo się dzieje. A dojrzałość jest odwagą walki z tą burzą, walki z samym sobą.
Umierają wielcy ludzie dzisiejszych czasów. I oczywiście, to byłoby normalne gdyby przychodzili po nich kolejni. Jedno mnie przeraża - ta pustka, w której nie potrafię wyobrazić sobie wielkich postaci z mojego pokolenia.
Nie mogę wyobrazić sobie satysfakcjonującej przyszłości, nazwijmy to społecznej, dlatego szukam w przeszłości elementów, które razem dałyby chociaż namiastkę czegoś idealnego. Nie pasuję do tej epoki.
Myślę, że dojrzałam. I myślę, że gdy to potwierdzę, będę z siebie dumna. Problem w tym, że powszechnie to będzie niezrozumianym, ba, może nawet uznają to za głupie działanie. Ale ja zawsze miałam taki punkt widzenia. Niepojęty. Jakby spojrzeć na pewne aspekty, które mnie teraz dotyczą, to wszystko filozof określiłby właśnie jako jakąś walkę. I ja ją wygram na swój sposób.
Ostatnio jadąc przez miasto wpadły mi do głowy pewne słowa. Nie wiem jak, nie wiem dlaczego tak nagle, każdy może zinterpretować to jak chce, ale nagle usłyszałam w głowie:
Każdego dnia ukuwam swój mit, by w końcu stać się legendą.
Łel...Ostatni enigmatyczny cytat jest jakby się ktoś nie domyślił jeszcze z "Amadeusza". Upajam się tym filmem - obejrzałam go 11 razy co daje średnią raz dziennie. I nadal nie mam dość. Ale to nie jest złe, naprawdę nie jest złe, bo chyba dobrze jest się zatopić w czymś wartościowym i znaleźć nowy sens.
I właśnie. Cytat dałam też dlatego, bo opisuje on także w dużym stopniu to co czuję. Pedagogika mnie zabija. Od prawie 2 lat niczego nie napisałam. Nie mam pomysłu - a mówiłam sobie, że jak skończę LO napiszę coś, nawet i do szuflady, ale coś z czego będę naprawdę zadowolona. A się wypaliłam. Od jakiegoś czasu intensywnie myślę i mam nadzieję, że odzyskuję te pragnienia. Naprawdę, zabija mnie to. I postanowiłam, że wytrwam tam do końca roku - o ile wytrwam - tak na wszelki wypadek. Potem dziekanka i zastanowi się czy w ogóle wracać. Nie zgadzam się tam z opiniami, szlag mnie trafia gdy słysze te wszystkie poglądy, trudno powiedzieć żebym miała tam znajomych - raczej mam osoby, którym mówię cześć. Zresztą, stosunek pewnych osób do mnie też się zmienił. Mam to gdzieś. Nie znoszę tego wszystkiego całkowicie i nie wierzę w sens. Mnie to cofa, w ten sposób, że ja tam jestem jedna...sama, z moim światem, którego nikt nie podziela i którym nawet nie mam się z kim podzielić - bo oni wszyscy razem myślą inaczej. Ale po co ja to piszę. szkoda moich słów. To idiotyzm, a ja nie jestem masochistką. Poza tym zaobserwowałam, że co ciekawsi ludzie zawsze rzucali jakąś szkołe. Się dziwić - skoro ich ograniczała i chciała wbić do poziomu całej szarej masy... No ale niestety. Ludzie jak dla mnie źle definiują odwagę. Odwaga w dzisiejszych czasach to podejmowanie decyzji, które są zgodne z moją wolą, a powiedzmy ogólnie zostałyby skrytykowane. Taką odwagę wyznaję, w taką wierzę - i tak też zrobię. I myslę, że to pokaże, że jestem dorosła. Oczywiście pewnie sporo osób mnie nie zrozumie, ale taki już mój los. Nikt mnie do końca nie rozumie. A może i nawet nie rozumie ani trochę. A więc oby się wszystko ułożyło po mojej myśli - i adios.
Ale! "Amadeusz" odkrył dla mnie Mozarta. Odkrył - no, wlaściwie odkrywa. Maniakalnie zamawiam dostępne książki o nim i kombinuję muzykę. A potem słucham jej w nocy i myślę o tym, jacy ludzie stali się płytcy. Dziś tworzą tylko piosenki oparte na schemacie 2 zwrotki i refren itd. I jak sobie słucham w nocy Mozarta, to nie mogę skończyć. Nie umiem wyłączyć discmana. Budzę się nie wiem o której, jest ciemno, jestem przytępiona a muzyka nadal leci a ja mam dziwne sny, inne sny, których potem nie pamiętam, ale są takie...metafizyczne?
Idę na "Wesele Figara" - 27.1. - w 250 rocznicę urodzin Mozarta! Czy jestem psychiczna, że nie mogę się tego doczekać? Ale tak, to jest życie jakiego chcę. Życie pełne tego, czego chcę, tego na co mam ochotę, tego czego czuję.
"Neither a lofty degree of intelligence nor imagination nor both together go to the making of genius. Love, love, love, that is the soul of genius."
Jeśli nie będę robić rzeczy z miłości, będę dla siebie nikim. Nie pokocham tego, czego nienawidzę. A więc to czego nienawidzę musze od siebie odsunąć.
- "Why on earth won't you finish it? Can you give me one reason I can understand?"
- "It's killing me."